Menu
Aktualności

KONNO PRZEZ NAMIBIĘ

Spójrz na Afrykę oczyma dziecka, a ujrzysz koński łeb. Nie?! Przechyl, proszę, głowę lekko w prawo. Prawda, że tak? Uszy ma tam, gdzie Somalia, chrapy, gdzie górzyste Lesoto, afrykańskie słońce pobłyskuje w błękitnym oku Jeziora Wiktorii, saharyjskie wichry smagają mu grzywę. Z czym kojarzy wam się Afryka?, pytam często. Z głową konia!, wykrzykują dzieci.
   Obejmij teraz tę głowę, przytul się do niej i… pogłaszcz delikatnie pod szczęką. Poczujesz pod palcami rozgrzany piasek pustyni Namib. Wybrzeże tej krainy rozbrzmiewa foczym gwarem, w głębi lądu ponad trawami kołyszą się żyrafie szyje. Ziemia kryje diamenty, ale też i prochy dramatycznych wydarzeń, które trudno zrozumieć. Można tu spotkać najserdeczniejszych ludzi na świecie, ale można i dzień cały przemierzać pustkowia, nie spotkać nikogo. Tu właśnie rozegra się nasza wakacyjna przygoda. 

GUMUCHAB? ZNAM TO MIEJSCE

Nie ma co porównywać. Nasza przygoda trwała pięć tygodni, a nie pięć lat. Przejechaliśmy konno jedynie fragment szlaku, który w siodle przemierzył Kazimierz Nowak. A jednak każdy, myślę, z uczestników naszego etapu podpisałby się pod słowami wielkiego podróżnika:
Skończyła się moja afrykańska podróż, ale nie skończyła się dla mnie Afryka. Fizycznie jestem poza nią, lecz żyje ona wciąż jeszcze we mnie i zapewne żyć będzie długo.

Skończyła się podróż. Czas siąść, postawić na stole miseczkę z biltongiem, napelnić kielich likierem z maruli i zdać relację, długą i barwną, o tym, co spotkało nas podczas tych słonecznych i radosnych pięciu tygodni w Namibii („no, wreszcie, ileż można czekać!”, zakrzykną pewnie niektórzy).

W Namibii...
W Namibii...

 

Naszą opowieść należałoby rozpocząć w dniu 20 czerwca 2011 roku, kiedy to zjawiliśmy się w Namibii i z marszu zawojowaliśmy Windhoek, stolicę kraju. I nie mam tu na myśli li i jedynie entuzjastycznej wizyty w Muzeum Narodowym, o której pisałem w relacji „Gobabis? Tam nic nie ma” z 23 czerwca, ale furorę, jaką zrobiliśmy wspólnie z Jonaszem na ulicach miasta. Jeżeli jesteś mężczyzną, wybierasz się do Afryki i chciałbyś, by afrykańskie kobiety oglądały się za Tobą, uśmiechały z daleka, mam dobrą radę: weź z sobą niemowlaka i opiekuj się nim troskliwie. Facet noszący przy piersi lub na plecach dziecko to w afrykańskiej tradycji rzecz niespotykana, acz budząca olbrzymią sympatię!

W Okahandja

22 czerwca udaliśmy się z Windhoek do oddalonego o 200 kilometrów miasteczka Gobabis, skąd planowaliśmy ruszyć na południe na poszukiwanie farmy Gumuchab, z której Kazimierz Nowak w sierpniu 1934 roku wyruszył wierzchem w kierunku granicy z Angolą. Zanim jednak trafiliśmy do Gumuchab, zanim dosiedliśmy koni i pokłusowaliśmy śladem podróżnika, spośród zatopionych w półmroku korytarzy Domu Spokojnej Starości w Gobabis wyłoniła się szczupła, wysoka sylwetka Coena Meyera, menadżera pensjonatu.
– Jak mogę wam pomóc? – spytał z życzliwym uśmiechem.
I to był początek naszej przygody.

Skierowaliśmy swe kroki do Domu Spokojnej Starości, albowiem w tym właśnie miejscu Kazimierz Nowak odpoczywał po tygodniowej kawalkadzie. W owym czasie znajdowała się tu misja katolicka, a honory gospodarza sprawował ojciec Johannes Dohren, postać wręcz legendarna, patronująca dziś jednej z ulic miasta oraz szkole w pobliskim Gunichas. Wpis ojca Dohrena w nowakowym pamiętniku oraz zdjęcie budynku misji, na którym widać nieistniejącą już wieżę zelektryzowały pracowników domu.

– Oprawię te zdjęcia i umieszczę w specjalnej gablocie razem z waszą tabliczką. – Ucieszyła się Susan, starsza stażem pielęgniarka, na widok podarunków.

Najstarsza pensjonariuszka domu na widok archiwalnej fotografii pokręciła głową.
– Nie przypominam sobie, by w tym miejscu stała wieża kościelna, ale to możliwe, w latach 30. mieszkałam jeszcze w Angoli, do Gobabis przyjechałam dopiero sześćdziesiąt lat temu.

Czy to z wdzięczności za przywiezienie niezwyczajnych pamiątek, czy ze zwyczajnej serdeczności, Meyer postanowił pomóc nam w realizacji jeździeckiej misji. Siadł za biurkiem, chwycił za telefon i zaczął obdzwaniać bliższych oraz dalszych znajomych. Niestety nikt nie słyszał nigdy o Gumuchab, ani też nie posiadał koni, które niczym Ryś i Kowboj przed 77 laty Kazimierza Nowaka, przeniosłyby nas na swych grzbietach z tajemniczej farmy do Gobabis.

– Zajrzyjcie do weterynarzy – poradził Meyer żegnając się z nami w drzwiach swego biura – oni mają wielką mapę z nazwami wszystkich farm w całym dystrykcie. Na pewno odnajdziecie na niej Gumuchab.
– Gumuchab? – Rozległ się niespodzianie cichy głos w głębi korytarza. – Znam to miejsce.
Jacobus von Schalkwyk, drobny staruszek lat 92, siedział w fotelu pogrążony w lekturze książki traktującej o skamienielinach południowej Afryki.
– Gumuchab… – westchnął i wskazał ołówkiem miejsce na mapie. – Kiedyś mieszkał tam farmer o nazwisku Wisniewski. Pamiętam go. Znał się na koniach, słynął z dobrych stajni. Wyprowadził się wiele lat temu. Ziemię kupił od niego Bertus von Schalkwyk, ale nie zastaniecie go, bo mieszka w Walvis. Gumuchabem zarządza jego bratanek, Gert Olivier, z nim musicie rozmawiać.

Otoczyliśmy staruszka ciasnym pierścieniem i wstrzymaliśmy oddechy w nadziei, że opowie cokolwiek więcej, ale Jacobus von Schalkwyk ignorując nasze niecierpliwe spojrzenia pochylił się nad książką i niewzruszony pogrążył na powrót w lekturze. Widać szczątki organizmów zachowanych w skałach zajmowały go bardziej, niż banda dzieciaków i jakieś błahostki. Jedyne, co nam pozostało to wziąć jego słowa za dobrą monetę i pożegnawszy serdecznie menadżera Domu Spokojnej Starości udać się do Ośrodka Badań Weterynaryjnych.

Weterynarz Tomek miał nadzieję spotkać się tam z afrykańskimi kolegami po fachu, reszta ekipy odnaleźć wspomnianą mapę, a na niej położenie farmy Gumuchab. Nikt z nas nie podejrzewał nawet, że przeznaczenie pcha nas w miejsce, w którym spotkamy wielkiego przyjaciela sztafety śladem Kazimierza Nowaka, starego znajomego, człowieka, który pomoże rozwiązać wszystkie nasze problemy.

S 23° 18 ‚ 1,0254″
E 18° 43 ‚ 58,0218″
Tych kilka liczb wystarczy, by z GPSem w dłoni odnaleźć farmę Galton. A co, jeżeli ktoś nie używa GPSa? Jak inaczej odnaleźć to miejsce? To proste! Poznacie je po dźwięku dzwonków i beczeniu kóz błąkających się wśród buszu. Czasem na przełaj, przez sawannę przemknie bezszelestnie stado dostojnych kudu, raz na jakiś czas drapieżny kot odciśnie ślad łapy w rudym piasku. Poznacie je po srebrzystej wstędze drogi mlecznej, która nocami rozciąga się w poprzek nieba nad Galton. I po tym, że późnym wieczorem 26 czerwca 2011 roku na szczycie pustynnej wydmy płonęło ognisko i że przy nim siedziałem. Sam, niczym Kazimierz Nowak. No, nie tak do końca sam. Kilka metrów ode mnie opatulony w śpiwór i koce spał mój synek Jonasz. A gdzie się podziała reszta drużyny?
Pojechała na nocne safari. Gerrit zamontował na samochodzie lampę halogenową i zabrał wszystkich na poszukiwanie szakali, jeżozwierzy i pewnego gatunku szczura, czy też królikaktórego schwytanie za ogon, zgodnie z południowoafrykańskim zwyczajem, przynosi szczęście w miłości.
Kim jest Gerrit? No właśnie, od niego właściwie powinienem zacząć tę opowieść. Jeżeli śledzicie uważnie losy uczestników sztafety śladem Kazimierza Nowaka, znacie go. To ten człowiek, który wspólnie z żoną Surete ugościł Julię, Joannę i Łukasza, uczestników 12. etapu sztafety. Możecie o tym przeczytać w relacji z 15 listopada 2010 roku, a nawet dojrzeć Gerrita na jednej z fotografii.

Gerrit Wahl urodził się w afrykanerskiej rodzinie w Tsumeb na północy Namibii, ale dorastał w RPA, w prowincji Free State. Skończył studia inżynierskie, założył rodzinę. Dostał pracę w koncernie energetycznym ESCOM. Pracował ciężko.
– Gerrit, dziś w waszym domu mój syn pierwszy raz samodzielnie usiadł – mówię bawiąc się z Jonaszem na dywanie. – Pamiętasz dzień, w którym twoje córki zaczęły siadać?
– Nie – kręci głową gospodarz. – Nie pamiętam takich rzeczy, jak pierwsze słowa, czy pierwsze kroki moich dzieci, bo to był czas, kiedy prawie nigdy nie było mnie w domu.
– Widywałam tatę tylko w niedziele i to dopiero po południu, gdy odespał – wspomina młodsza z córek, 12-letnia Rensche.
Gerrit Wahl postanowił to zmienić. Wspólnie z żoną Surete, artystyczną i natchnioną duszą, zdecydowali się sprzedać dom i kupić farmę, spróbować nowego, może nie łatwiejszego, ale szczęśliwszego, życia na wsi.
– Miałam sen. Widziałam w nim miejsce, z którego tryska woda. Jeśli znajdziemy takie miejsce, jeśli przy drodze będą rosły kwiaty… uda się – powiedziała Surete.
Szukali długo. Pewnego dnia dotarli do farmy o nazwie Galton, w centralnej Namibii na obrzeżach pustyni Kalahari. W suchym korycie rzeki Nossob rosły kwiaty, wiatraki pompowały wodę ze studni artezyjskich. 5165 hektarów to niewiele, jak na warunki namibijskie, ale wystarczy, by utrzymać rodzinę. To było miejsce ze snu Surete.

Z początkiem 2010 roku rodzina Wahlów rozpoczęła nowy etap życia. Nie było łatwo, gdy w porze deszczowej rzeka wypełniła się wodą na kilka tygodni odcinając farmę od reszty świata. W ogóle nie było lekko, ale Gerrit był szczęśliwy.
Susane i Rensche rozpoczęły naukę w prywatnej szkole. Co niedziela dojeżdżają szkolnym autobusem do oddalonego o 160 kilometrów Stampriet, czasem ze łzami w oczach, żal im rozstawać się z rodzicami na cały tydzień.
– Wyobraźcie sobie, że macie do wyboru dwa przyciski – tłumaczy wtedy ojciec. – Jeden to powrót do życia w RPA i tego co było, drugi oznaczałby to, co mamy teraz. Który byście wybrały?
Obie wybierają życie tu i teraz. Od piątku do niedzieli rodzina jest razem. Gerrit przed każdym posiłkiem dziękuje za dary na rodzinnym stole, jagnięcinę z własnej farmy, czasem pieczeń ze springboka ustrzelonego o poranku, jajecznicę ze strusiego jaja znalezionego w buszu…
Po niezbędne zakupy czy do lekarza jeździ do najbliższego miasteczka, oddalonego o 100 kilometrów Gobabis. 23 czerwca 2011 roku około południa Gerrit Wahl zajechał przed budynek Centrum Weterynaryjnego, musiał odebrać świadectwa zdrowia bydła. Wewnątrz zastał niecodzienne zamieszanie, obsługa biura wraz z gromadką obcokrajowców studiowała rozwieszoną na ścianie mapę. Człowiek z dzieckiem w nosidełku wypytywał o farmę Gumuchab i Davida van Vuurena.
– Ja znam Davida van Vuurena – odezwał się Gerrit nieśmiało. – Moja żona ma jego numer telefonu.
I wtedy przypomniał sobie wizytę rowerzystów z Polski w listopadzie, wyprawę śladem Kazimierza Nowaka, wyjazd do Davida van Vuurena i wspólną wycieczkę do Gumuchab. Ach! I emaila od jakiegoś człowieka o imieniu Lukas, który pisał o planach podróży konnej tym szlakiem.
– Czy wy przypadkiem nie jesteście z Polski? – spytał.

* * *

Następnego dnia wszyscy razem ruszyliśmy do Galton, skąd ponoć niedaleko do Gumuchab i serdecznego Davida van Vuurena, który deklarował pomoc w zorganizowaniu konnego trekkingu.
– To, że spotkaliście się w tym miejscu to musi być część jakiegoś wielkiego planu! – cieszyła się Surete.

Po przyjeździe na miejsce Gerrit zapakował nas do swojej terenowej „limuzyny” i wywiózł na szczyt rudej pustynnej wydmy. Stąd roztaczał sie zapierający dech w piersi widok na całą okolicę. I na niebo nad Galton. Tu rozbiliśmy obozowisko i… zamieszkaliśmy na następnych dziesięć dni.
Surete odszukała w tym czasie numer telefonu do van Vuurenów. Rozmawiali prawie pół godziny. W afrikaans, więc niczego nie zrozumiałem. W końcu odłożyła słuchawkę i oznajmiła z uśmiechem:
– David zaprasza do siebie jeszcze dziś. Zabierze was do Gumuchab. Ma dla was konie.
Uooo… oto realizuje się kolejna część „wielkiego planu”, pomyślałem.

PS. Zdjęcie z konikiem i napisem LIEFDE zostało zrobione w salonie domu na farmie Galton. „Liefde” znaczy w afrikaans „miłość”.

DOBRY DUCH VAN VUUREN

Etap konny przez Namibię… ale czy będą konie? Odpowiedzi na to pytanie nie znaliśmy nawet wówczas, gdy siedzieliśmy w samolocie i lecieliśmy ponad Afryką na spotkanie naszej przygody. Pisałem do afrykańskich organizacji hippicznych, hodowców koni, szkółek jeździeckich, biur turystycznych oferujących wakacje w siodle, sklepów z artykułami dla zwierząt, namibijscy przyjaciele starali się pomóc… bez rezultatu. Wszelkie wysiłki zmierzające do wynajęcia lub zakupu koni na użytek naszej wyprawy na odległość okazały się bezskuteczne. Ania nawiązała kontakt z Polskim Związkiem Jeździeckim licząc na wsparcie z tej strony, w końcu zaczęła rozważać transport koni z Europy. Tomek zasugerował, że rozwiązaniem prostszym i tańszym byłoby uszycie strojów na wzór krakowskiego lajkonika i przemarsz przez Namibię w takim przebraniu. Hmmm… w ostateczności.
Dziś wiem, że popełniliśmy w naszych staraniach jeden podstawowy błąd. Szukaliśmy koni, a nie koni trzeba nam było szukać, ale… człowieka. Osoby, która będzie wiedziała, jak nam pomóc. Mieliśmy wielkie szczęście. 24 czerwca 2011 roku na naszej drodze zjawił się taki właśnie „dobry duch”. Nazywał się David van Vuuren.
– Zaczynałem się o was martwić! Pisaliście, że lądujecie w poniedziałek, a przyjeżdżacie do mnie w piątek. Coście robili tyle czasu?! – Roześmiał się rubasznie, gdy zjawiliśmy się na jego farmie.

David van Vuuren pochodzi ze starej afrykanerskiej rodziny. Z dumą wspomina dziadka, który uczestniczył w wojnach burskich i to, jak bardzo zalazł za skórę Anglikom. Farmę Neu Loore kupił jego ojciec, Ernst Zacharias van Vuuren w latach 30. On sam urodził się w 1943 roku w budynku misji katolickiej w Gobabis, tym samym, w którym dziewięć lat wcześniej mieszkał przez tydzień Kazimierz Nowak. Na szlaku od Mariental do Gobabis David zna prawie wszystkich. Prawie, bo z rodzinami mówiącymi po niemiecku nie utrzymuje bliższych kontaktów, określa ich krótko „Niemcy”. Tu tak jest, Afrykanerzy i Niemcy, choć jedni i drudzy są obywatelami Namibii, choć mieszkają obok siebie, żyją osobno.

Jedziemy na farmę należącą kiedyś do rodziny Wiśniewskich, to niedaleko, po sąsiedzku. David dobrze pamięta gospodarzy, a także ich syna, Franciszka.
– Przyjaźniliśmy się z Frankiem. Niezły był z niego ananas. Któregoś dnia ukradł stado krów swemu ojcu i jeszcze jednemu sąsiadowi. Sprzedał je, ale policja zaczęła go szukać. Ukrył się w kościele katolickim w Windhoek, tam połknął truciznę i tak dokonał żywota – wspomina mroczną historię z czasów młodości. Pośród pustkowia wyłania się wiatrak, skromne zabudowania i brama, a przed nią betonowa płyta z napisem GUMUCHAB OST 94.

DLA MYŚLIWYCH, ROWERZYSTÓW i KONIARZY

Wtorek 28 czerwca 2011 roku rozpoczął się zwyczajnie. Ośmiomiesięczny Jonasz, jak na etapowego lidera przystało, obudził się pierwszy. Pogaworzył, powymachiwał dla rozrywki latarką, okularami, po czym ubrany w trzy pary skarpet, dwa swetry, opatulony kocem (noce o tej porze roku bywają mroźne) siadł na szczycie pustynnej wydmy i napił się mleka. Słońce wstawało powoli, znad paleniska unosił się dym, ze śpiworów, spod koców, w ślad za Jonaszem, gramolili się kolejni uczestnicy etapu konnego przez Namibię.
Ale to nie był zwyczajny dzień. Strusie w drodze do wodopoju przystanęły zdumione, gdy pakowaliśmy się w pośpiechu i opuszczaliśmy obozowisko. Stadko kur faraona, niczym świta truchtająca przed samochodem, odprowadziła nas do bramy. Za chwilę miał się spełnić snuty od ponad roku plan. Ruszaliśmy do Gumuchab na spotkanie konnej przygody, w hołdzie Kazimierzowi Nowakowi (już nie tylko jako cykliście, ale od tej chwili także przyjacielowi zwierząt i jeźdźcy) oraz… a może przede wszystkim jego czworonożnym kompanom, Kowbojowi i Rysiowi.

Było pusto i cicho, gdy dotarliśmy na miejsce. W niepewności, która nieustannie towarzyszy człowiekowi w Afryce (mawiają wszak miejscowi, że „nie ma sprawy, która nie mogłaby poczekać dwa tygodnie”), oczekiwaliśmy, wyglądaliśmy, nasłuchiwaliśmy. Wreszcie dobiegł nas odległy szum i po minucie przed bramę zajechały dwa pojazdy, z jednego wyskoczył David van Vuuren, z drugiego Wilbur Burger, młody i energiczny hodowca arabów. W parę chwil otworzyli drzwi przyczepy i wyprowadzili dwie kasztanowe klacze, półsiostry. Future i Manoko stanęły do naszej dyspozycji.

Właściciel farmy Zania, sympatyczny starszy jegomość, przechadzał się po obejściu gdy ukazał się jego oczom widok niecodzienny: dwoje jeźdźców na koniach.
– Siadajcie, przyniosę sok i zimne piwo – zaoferował z entuzjazmem, w tych bezludnych stronach o partnerów do popołudniowej pogawędki nie jest łatwo. – Tutaj, na drzewie, mieszka legwan, siedzi w dziupli. – Tłumaczył oprowadzając nas po ogrodzie. – A tutaj mam taki warzywniaczek, kapusta, ziemniaki. Ale zlikwiduję to w cholerę i postawię kilka bungalowów. Dla myśliwych – oznajmił z dumą.
– Dla myśliwych, rowerzystów i koniarzy – poprawiłem.

W środę krótko przed zachodem słońca osiągnęliśmy wraz z końmi farmę Galton. Zwierzęta, zmęczone i spragnione, człapały niechętnie, noga za nogą.
– Tu odpoczniecie, jutro nigdzie nie jedziemy – szeptaliśmy do ucha by cichą obietnicą zdopingować je do ostatniego wysiłku.
Za nami pierwszych 80 kilometrów z zaplanowanej trasy. Na następny dzień rzeczywiście zaplanowaliśmy odpoczynek. Dla koni, nie dla nas. Drużyna konnego etapu czwartek spędziła pracowicie. Zaanektowała kuchnię państwa Wahl i uruchomiła produkcję ruskich pierogów. Mieliśmy nadzieję w ten sposób umniejszyć choć trochę dług wdzięczności wobec gospodarzy, którzy nieustannie obdarowywali nas rozmaitymi smakołykami.

Pierogowa kolacja nieoczekiwanie okazała się preludium do uczty innego rodzaju. Surete siadła przy pianinie i zagrała… dom wypełniła muzyka, rozpoczął się jeszcze jeden czarodziejski wieczór na Galton. Nasz dług znów zaczął narastać. Jak im się odwdzięczyć? W głowach zaczął się rodzić pewien pomysł… ale to jutro.

* * *

Wyobraźcie sobie obolałe pośladki, zapach ruskich pierogów, chłód afrykańskiej zimy za oknami… jeśli macie ochotę posłuchać fragmentu koncertu Surete, zapraszam.

* * *

DZIECI PROWADZONE ZA RĘKĘ

Rowerzysta w podobnej sytuacji potraktowałby maszynę śrubokrętem. Wymieniłby, co trzeba, przesmarował, wytarł ręce, wsiadł i pojechał. Koniarz nie ma tak lekko. Gdy na farmie Galton nabraliśmy pewności, że prawa tylna noga Future jest słabsza, mięsień nadwyrężony i klacz podczas wysiłku odczuwa ból zdecydowaliśmy się kontynuować kawalkadę bez jej udziału. Z ciężkim sercem rozstawaliśmy się z wdzięczną Future, ale wiedzieliśmy, że każdy krok, każdy kamień na drodze, każda nierówność przysparzałaby jej bólu.
Manoko, choć silna, masywna i zawsze do tej pory pewna siebie, nie szła tak chętnie, jak pierwszego dnia. Pokonane kilometry i tęsknota za Future robiły swoje. Na szczęście kolejne etapy miały być krótsze, a my zmieniając się w siodle, czy maszerując przy Manoko, na wszelkie możliwe sposoby podtrzymywaliśmy ją na duchu.
W sobotę do drużyny jeźdźców dołączyła Rensche, córka Surete i Gerrita, a zachęcona widokiem córki w siodle także sama Surete. Dziewczęta w pięknym, acz zróżnicowanym (co widać na załączonym obrazku) stylu dokończyły odcinek do Klein Keitzaub. Tak oto wpisaliśmy rodzinę Wahl w poczet uczestników etapu konnego przez Namibię i choć w ten symboliczny sposób odwdzięczyliśmy się za całą okazaną nam pomoc.

To właśnie wtedy, gdy Rensche kłusowała radośnie w kierunku mety nastąpiło nieoczekiwane spotkanie dwóch światów, zza horyzontu wyłoniła się dwójka cyklistów. „Sztafeta Afryka Nowaka!”, zakrzyknie pewnie ktoś na widok fotografii. Nic podobnego. To Hannah Welstead i Reza Noori, dwoje młodych lekarzy z Wielkiej Brytanii w drodze z Londynu do Kapsztadu. Podróżują rowerami od dziesięciu miesięcy starając się wesprzeć w ten sposób ośrodki ochrony zdrowia w Afryce. Wzięli do ręki widokówki i foldery, przyjrzeli się z szacunkiem brodatej postaci na fotografii. Nigdy nie słyszeli o Kazimierzu Nowaku, a przejechali rowerami już całą niemal Afrykę…

– To wy jedziecie konno śladem tego podróżnika z Polski? – zagadnęła sprzedawczyni w sklepie.
Zdarzało się na drodze do Gobabis, że nie musieliśmy nawet wspominać o Kazimierzu Nowaku, nasza sława nas wyprzedzała. I cały czas czuliśmy się niczym dzieci prowadzone za rękę. Właściciele farm, na których mieliśmy zaplanowane postoje, uprzedzeni przez Davida van Vuurena, oczekiwali nas, choć nie zawsze okazywali się tak wylewni i serdeczni, jak przyjaciele z Galton czy Neu Loore.

Czasem pod nieobecność właścicieli zjawiał się czarnoskóry pracownik gospodarstwa i niczym parobek na średniowiecznym folwarku zajmował się zwierzętami. Czarni Namibijczycy żyją przy każdym gospodarstwie, niemal niewidoczni, gdzieś obok, po cichu zajmują się robotą, myciem, grabieniem. Wzajemny stosunek białych bogatych pracodawców i czarnych ubogich pracowników bywa czasem partnerski (wszak czarna mamka wychowywała białego brzdąca, nie tak dawno biegał w gatkach z czarnoskórymi rówieśnikami po podwórku), czasem paternistyczny (trzeba nauczyć ich czytać, są tacy niewykształceni), zawsze symbiotyczny.

4 lipca w południe pożegnaliśmy się z dzielnym konikiem i ruszyliśmy do szkoły w Gunichas przeprowadzić lekcję polskiego, a potem do grot Arnhem fotografować nietoperze, a później do rozgłośni radia Channel 7 w Windhoek nadać audycję o Kazimierzu Nowaku, a następnie na poszukiwanie farmy Okosongomingo i człowieka o nazwisku Schneider gdzieś u stóp płaskowyżu Waterberg…

CZASZKI PODZIURAWIONE KULAMI

– Tak, to ponad wszelką wątpliwość pismo mojego ojca – odzywa się wreszcie Heinrich Schneider, właściciel farmy Okosongomingo, wpatrzony wciąż w kartkę z podróżnego notesu Kazimierza Nowaka. – Niebywałe…
Sam nie pamięta wizyty polskiego podróżnika. 21 września 1934 roku miał niespełna trzy lata, bawił się w ogrodzie pod okiem niani, gdy Kazimierz Nowak w stajni przymierzał podkowy swoim rumakom, spał smacznie w łóżeczku, gdy gość z dalekiej Polski toczył z jego ojcem, Reinhartem Schneiderem, długie dysputy na temat kolonizacji afrykańskich pustkowi. Otwiera album ze zdjęciami, pokazuje jak wyglądał budynek, w którym nocował Nowak, prezentuje z dumą ponad stuletnią historię swojej farmy, fotografie ojca i reszty rodziny.
– To w sumie przypadek, że tata został farmerem – tłumaczy. – Musiał odsłużyć swoje w armii, a że nie w smak mu była wojaczka, a w koloniach służba trwała krócej, zaciągnął się do Schutztruppe i przypłynął do Afryki. W 1907 roku.
Gospodarz akcentuje wyraźnie datę przybycia do kolonii, jakby chciał, uprzedzając wszelkie pytania, zaznaczyć, że tata nie brał udziału w wojnie przeciwko Herero. A może tylko tak mi się wydaje? Na pewno ma rację co do swojego ojca i całej reszty, ale ja jakoś nie mogę odegnać natłoku mrocznych myśli. Wszystkiemu winien pejzaż. Z tarasu domu Schneiderów rozciąga się fantastyczny widok na skąpany w świetle zmierzchu płaskowyż Waterberg, miejsce cudnej urody, ale też arenę niegdysiejszych dramatycznych zdarzeń. To tutaj w sierpniu 1904 roku niemieckie oddziały, sprowadzone w tym celu specjalnie z Europy, otoczyły Samuela Maharero i kilkadziesiąt tysięcy jego ludzi, mężczyzn, kobiet i dzieci. Koszmarna bitwa pod Waterbergiem dała początek długiemu pasmu cierpień ludu Herero.
Dziś w stóp płaskowyżu znaleźć można niewielki cmentarz, na którym spoczywają żołnierze niemieccy. A gdzie spoczywają Herero?, spyta ktoś. Herero spoczywają wszędzie. Raport Narodów Zjednoczonych szacuje, że w przeciągu trzech lat, czyli do roku 1907, w którym to z pokładu statku przybyłego z Europy zszedł na ląd Reinhart Heinrich Adalbert Schneider, przodek mojego rozmówcy, władze kolonii zdołały unicestwić w taki czy inny sposób 65.000 z liczącego około 80.000 głów plemienia.

Długo tego dnia, ale i wcześniej, maszerując ulicą Bismarcka, skręcając w ulicę Hendrika Witbooi, przywódcy plemienia Nama, rozmyślałem o okrutnych rozkazach generała von Trotha i medycznych eksperymentach doktora Fischera. Chodząc po supermarkecie w Swakopmund zastanawiałem się, czy przypadkiem nie w tym właśnie miejscu ulokowany był przed stu laty obóz koncentracyjny. I wspominając słowa Kazimierza Nowaka…

Nazajutrz otoczyła mnie znów pustynia, obok szkieletów zwierząt widać było i ludzkie, czaszki podziurawione kulami, od czasu do czasu bieliły się tablice marmurowe. Wyryty napis mówił, że ten i ten, kawalerzysta, padł na polu chwały dnia tego i tego 1906 roku. Nazwiska niemieckie, nierzadko i polskie, ofiary wojny kolonialnej przeciw Hotentotom, od początku, jakby przeczuwając swój los uprzedzonych wobec białych.

…rozmyślałem nad Polakami, których wcielono do armii pruskiej i posłano do Afryki na wojnę z „dzikusami”. Ilu ich było?

I dumałem o tym wszystkim jeszcze na pokładzie airbusa linii Air Namibia, gdy pożegnawszy malowniczą krainę wracaliśmy do domu. Dystyngowany steward, może potomek Hendrika Witbooi, roznosił posiłki. Po drugiej stronie samolotu krzątała się nieustannie uśmiechnięta stewardesa, może jej dziadkowie ginęli pod Waterbergiem? Para Niemców w drodze do Frankfurtu wznosiła toast za szczęśliwy lot. Wyglądali na szczęśliwych, spełnionych, może to była podróż ich marzeń, a może rocznica ślubu?
Zrozumiałem, że nikt wokół nie zaprząta sobie głowy odległą i trudną do pojęcia historią. Ja też na chwilę przestałem.

Łukasz Wierzbicki

◊ ◊ ◊

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments