Menu
Aktualności

Moya Brennan (1952-2026). Wspomnienie.

Piętnaście lat temu pożyczyła ode mnie czerwony koc mojej babci.
Miała go kiedyś zwrócić, ale to się nie stanie.

Usłyszałem jej głos, podobnie jak całe moje pokolenie, podczas oglądania serialu w telewizji. W muzyce Clannad było piękno i była przygoda. A potem szukałem dalej, słuchałem godzinami, latami czekałem na kolejne albumy z grupą, solowe, śledziłem gościnne występy…

W 2010 roku miałem ogromne szczęście móc organizować cztery koncerty Moi Brennan w Polsce.

Bywa, że artysta, którego podziwiamy, przy bezpośrednim spotkaniu traci w naszych oczach z tego lub innego powodu. Tu było przeciwnie. Moya była profesjonalna, a przy tym serdeczna, otwarta, pełna szacunku i empatii. Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat. Tak w zasadzie było. Z rozbrajającą szczerością i troską opowiadała o swojej karierze, o rodzinie, o młodszym rodzeństwie.

„Nie istnieje coś takiego, jak idealna muzyka, Lukas.”

Warunki mieliśmy trudne. Był przełom listopada i grudnia 2010 roku. Od Strykowa do Warszawy jeden wielki korek. Rekordowe mrozy, zasypane drogi, niedogrzane wnętrza.

Gdy po koncercie formowała się długa kolejka po wspólne zdjęcia i autografy, stawałem obok Moi i na kartce zapisywałem polskie imiona… Zbyszek… Jędrzej… Małgosia… by wiedziała, jak poprawnie zapisać dedykacje.

Mimo swetra narzuconego na ramiona drżała z zimna.

„Może ogrzejesz się w garderobie? Ludzie poczekają” – zaproponowałem.

„Nie, Lukas. Ci ludzie przyszli, by się ze mną spotkać. Ja przyjechałam dla nich z Irlandii. Będę stała tak długo, jak będzie trzeba” – odparła.

Przez tych kilka dni spędzonych w Polsce w każdej chwili wydawała się być wdzięczna wszystkim wokół, także publiczności, za to, że może się dzielić swoją muzyką.

Była to dla mnie cudowna lekcja.

Odwdzięczyłem się starym zmechaconym kocem mojej babci.

Mróz był taki, że w busie nawiew powietrza nie dogrzewał części, w której siedzieli muzycy. W Warszawie wyciągnąłem z bagażnika czerwony koc i wręczyłem Moi, by miała się czym okryć w drodze do Gdańska. Tam kończyliśmy trasę. Przy pożegnaniu Moya chciała zwrócić koc, ale odmówiłem.

„Przyda się. Jedziecie do Niemiec. To kawał drogi. Przymroziło jak byk. Oddasz, gdy znów przyjedziesz do Polski.”

Sześć lat później, w marcu 2017 roku, spotkaliśmy się w Auli Uniwersyteckiej w Poznaniu przed koncertem promującym album Canvas.

„Lukas, ja wciąż mam twój koc, ten czerwony!” – zawołała Moya. – „Ale go nie przywiozłam.”

„Nie szkodzi” – Uśmiechnąłem się. – „Poczekamy do następnej okazji.”

Ale następnej okazji nie będzie.

Moya jest już po drugiej stronie tęczy

Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Opinie w linii
Zobacz wszystkie komentarze