
Piętnaście lat temu pożyczyłem jej czerwony koc mojej babci.
Miała go kiedyś zwrócić, ale to się nie stanie.
Usłyszałem jej głos, podobnie jak całe moje pokolenie, podczas oglądania serialu w telewizji. W muzyce Clannad było piękno i była przygoda. A potem szukałem dalej, słuchałem godzinami, latami czekałem na kolejne albumy z grupą, solowe, śledziłem gościnne występy…
W 2010 roku miałem ogromne szczęście móc organizować cztery koncerty Moi Brennan w Polsce.





Bywa, że artysta, którego podziwiamy, z tego lub innego powodu, traci przy bezpośrednim spotkaniu. Tu było przeciwnie. Moya była serdeczna, otwarta, pełna szacunku i empatii. Rozmawialiśmy, jakbyśmy znali się od lat. Tak w zasadzie było. Z rozbrajającą szczerością i troską opowiadała o swoim młodszym rodzeństwie. Tych anegdot nie będę powtarzał.
„Nie istnieje coś takiego, jak idealna muzyka, Lukas.”
Warunki mieliśmy trudne. Był przełom listopada i grudnia. Rekordowe mrozy, zasypane drogi, niedogrzane wnętrza. Od Strykowa do Warszawy jeden wielki korek.
Gdy po koncercie formowała się długa kolejka po wspólne zdjęcia i autografy, stawałem obok Moi i na kartce zapisywałem polskie imiona… Zbyszek… Jędrzej… Małgosia… by wiedziała, jak poprawnie wpisać dedykacje. Mimo swetra narzuconego na ramiona drżała z zimna.


„Może ogrzejesz się w garderobie? Ludzie poczekają” – zaproponowałem.
„Nie, Lukas. Ci ludzie przyszli, by się ze mną spotkać. Ja przyjechałam dla nich z Irlandii. Będę stała tak długo, jak będzie trzeba” – odparła.
Przez wszystkie te dni w każdej jednej chwili wydawała się być wdzięczna wszystkim wokół, także publiczności, za to, że może się dzielić swoją muzyką.
Była to dla mnie cudowna lekcja
Odwdzięczyłem się czerwonym kocem mojej babci.
Mróz był taki, że w busie nawiew powietrza nie dogrzewał części, w której siedzieli muzycy. W Warszawie wyciągnąłem z bagażnika samochodu stary czerwony koc mojej babci. Wręczyłem Moi, by miała się czym okryć.
Trasę kończyliśmy w Gdańsku. Moya chciała oddać koc, ale odmówiłem.
„Jedziecie do Niemiec. To kawał drogi. Koc się przyda. Oddasz gdy następnym razem przyjedziesz do Polski.”

Sześć lat później, w marcu 2017 roku, spotkaliśmy się przed koncertem w Auli Uniwersyteckiej w Poznaniu.
„Lukas, ja wciąż mam twój koc, ten czerwony!” – zawołała Moya. – „Ale go nie przywiozłam.”
„Nie szkodzi” – Uśmiechnąłem się. – „Oddasz przy następnej okazji.”
Okazji nie będzie. Moya jest już po drugiej stronie tęczy…




